sobota, 22 sierpnia 2015

Rozdział 7. Zmiana stron

Hermiona Granger otworzyła szeroko oczy i złapała łapczywie powietrze do płuc. Automatycznie poczuła ból rozchodzący się po jej ciele. Mimo to podniosła się szybko z miejsca, czuła, ze coś jest nie tak, że nie powinno jej tu być. Mimo prawdopodobnie złamanego nosa doskonale czuła intensywny zapach stęchlizny w pomieszczeniu. Nie miała pojęcia gdzie była, a dookoła niej panowała ciemność. Jedynie nikłe światło dostawało się zza małego okna, znajdującego się koło kanapy. Chwiejnym krokiem do niego podeszła i wyjrzała na zewnątrz. Z trawy, pól i zawalonej części altany wznosił się dym. Hermiona wszystko sobie przypomniała. To jej dzieło. Jej i jej przyjaciół. Tylko co ona tutaj robi...
Przypomniały jej się dwa ciosy, jeden w twarz i jeden w brzuch po których straciła przytomność. Reszty nie pamiętała. Musiała stracić przytomność. W każdym razie wychodzi na to, że jej wrogowie ją złapali. Tylko czemu w takim razie jej jeszcze nie zabili? Może chcą zaczekać aż się ocknie i wyciągnąć od niej jakieś informacje? 
Różdżka! Odruchowo sięgnęła do kieszeni płaszcza, ale nie było jej tam. Czego ona się nie spodziewała, oczywistym było, że zabrali ją.
Ten gwałtowny ruch spowodował ból w klatce piersiowej. Ściągnęła ostrożnie szatę i podniosła podkoszulkę do góry. Jej żebra były owinięte bandażami, które już zdążyły przesiąknąć szkarłatną czerwienią. W dodatku ją opatrzyli. I na pewno widzieli kim jest... Zrobiło jej się bardzo nieswojo na myśl, że widzieli jej twarz. Łatwiej było dokonywać złych czynów w masce. Myśl, że wiedzą, kto spalił ich dom czy torturował zaklęciami ich rodzinę, powodowała, że czuła nieprzyjemny skurcz w żołądku.
Opadła ciężko na kanapę i schowała ręce w dłoniach. Chwilę tak trwała w bezruchu, aż usłyszała skrzypienie desek na korytarzu. Ktoś tutaj szedł. Zamarła tak i nasłuchując, czekała. Kroki były coraz bliżej, aż w końcu usłyszała szczęk klucza w zamku, a drzwi się uchyliły. Do pokoju szybko wślizgnęła się mała postać.
- Lumos - powiedział szeptem damski głos, a w pokoju zrobiło się odrobinę jaśniej.
Na przeciwko Hermiony stała Ginny, obie wpatrywały się w siebie w ciszy nie wiedząc co powiedzieć. Szatynka najbardziej ze wszystkiego bała się tej chwili. Jak miała jej po tym wszystkim spojrzeć w oczy?
- Gin, ja... - zaczęła szatynka, ale przyjaciółka przerwała jej.
- Przestań - powiedziała i usiadła obok dziewczyny. - Dlaczego mi nie powiedziałaś? Miałyśmy sobie mówić wszystko - w jej głosie można było wyczuć zawód i gorycz.
- Chciałam, uwierz mi. Ale nie wiedziałam jak, przecież byś mnie znienawidziła.
- Nie pomyślałaś o jednym - Hermiona spojrzała na nią zrezygnowana, szykując się na to co usłyszy. - Nie pomyślałaś, że może ja chcę być po waszej stronie.


Gdy usłyszała, że Ginny chce dołączyć do Śmierciożerców myślała, że się przesłyszała. W tym momencie było jej to tak... na rękę. Będzie miała najbliższą przyjaciółkę koło siebie, nie będzie już musiała nic więcej przed nią ukrywać.

Przedzierały się przez gęste chaszcze, oddalając się coraz bardziej od Nory. 
- A właśnie jeszcze jedna rzecz - Ginny zatrzymała Hermionie jej różdżkę. - Zabrałam ją z pokoju rodziców.
Hermiona patrzyła przez chwilę na przyjaciółkę. Nie obawiała się tego jak Czarny Pan przyjmie Ginny. Była przecież czystej krwi, co prawda należała do rodziny, którą arystokracja gardziła, ale dzięki temu, że była blisko Pottera i Zakonu, mogła mieć bardzo cenne informacje.
Hermionę kusiło, żeby się zapytać: "Czy na pewno tego chcesz, Ginny?", ale za bardzo bała się usłyszeć "nie". Z nią obok wszystko będzie łatwiejsze.

- Chyba możemy się już teleportować - powiedziała Ruda, gdy już znalazły się wystarczająco daleko od Nory. - Tu już raczej nie ma żadnych barier.
- Okej, w takim razie złap mnie za rękę.
Tak zrobiła, a już chwilę później wylądowały na jakiejś ciemnej ulicy. Ginny się rozejrzała. Latarnie świeciły słabym, żółtym światłem, co chwile gasnąc złowrogo. Na przeciwko nich, w oddali znajdował się ogromny, dostojny pałacyk. To musiało być...
- Malfoy Manor - powiedziała Hermiona, widząc na co patrzy Ruda. - Nie mogłam teleportować się prosto do posiadłości, ponieważ tylko ktoś kto ma Mroczny Znak może to zrobić. Mogłoby się to źle dla ciebie skończyć.
Dopiero teraz Ginny zwróciła uwagę, że porwany rękaw szaty Hermiony, odsłania dolną część całkiem sporego tatuażu.
- Chodźmy - pociągnęła ją Hermiona i ruszyły w stronę dworu.
Szły dłuższą chwilę zanim stanęły przed wielkimi drzwiami wejściowymi. Szatynka odetchnęła ostatni raz i pchnęła drzwi. Weszły do zimnego i ciemnego przedpokoju. Oczywiście nikt ich nie przywitał na wejściu, jakby nie było był środek nocy.
- Kto tam? - usłyszała tak znajomy głos i kroki, zmierzające w ich kierunku. Ginny się spięła, a Hermiona odetchnęła z ulgą, uśmiechając się, wiedząc kogo zaraz zobaczy.
Do pomieszczenia wszedł nie kto inny jak Blaise Zabini. Miał na sobie jedynie spodnie od piżamy, w ręce trzymał szklankę z bursztynowym płynem, a minę miał nietęgą.
Gdy ją zobaczył, zamrugał kilkakrotnie, upewniając czy to nie sen, bądź zbyt duża ilość Whisky, ale gdy okazało się, że Hermiona jest prawdziwa, podszedł do niej i śmiejąc się przytulił ją, odrywając ją od ziemi.
Gdy odstawił ją na ziemię, spojrzał jej w oczy.
- Myślałem, że nie żyjesz. Wszyscy myśleliśmy - te godziny niepokoju, były dla niego bardzo ciężkie. Od kiedy wrócili do Malfoy Manor pił i się zadręczał. Draco i Teodor, pewnie wciąż chlali na górze. - Właśnie, chodź do chłopaków, trzeba im przekazać dobre wieści, zanim Teo się zapije na śmierć. Co do śmierci, to wyglądasz potwornie - ostatnie zdanie powiedział zmartwiony, gdyż dopiero teraz zauważył, jak dziewczyna źle wygląda. Jej nos, usta i łuk brwiowy pokrywała zaschnięta krew, a niektóre rany w wyniku podróży się otworzyły i sączyła się z nich świeża. Szatę miała podartą, brudną, a całe jej ciało było pokryte siniakami.
Teraz dopiero, gdy minęła adrenalina, Hermiona poczuła ból w dosłownie każdej części ciała. Rany na żebrach też się musiały otworzyć, gdyż paliły ją żywym ogniem.
- Nieważne, tym zajmiemy się później. Teraz muszę się spotkać z Czarnym Panem - miała przecież coś ważnego do załatwienia. Blaise dopiero teraz zauważył Ginny stojącą przy drzwiach. Zmarszczył brwi.
- Co się..? - zapytał, patrząc na szatynkę pytająco.
- Długa historia, potem ci opowiem. Gdzie jest Czarny Pan?
- W jadalni, chyba skończyli właśnie jakieś zebranie.
- Dobra, dzięki. Powiedziała i pociągnęła Ginny za sobą.
- Hermiona?
- Co? - zapytała.
- Uważaj na siebie. Czarny Pan jest na ciebie zły - powiedział ciemnoskóry chłopak z troską.
Szatynka uśmiechnęła się tylko lekko do niego i wyszła z pomieszczenia.

- Kurwa nie uwierzycie - Blaise wparował do pokoju, robiąc taki hałas, że Draco, który zasnął na podłodze, obudził się i podskoczył wystraszony. Za to Teodor w ogóle się tym nie przejął. Siedział pod ścianą i zerował ze smętną miną ostatnią butelkę Ognistej jaka im została.
- Hermiona wróciła!
- Zabini, może ty przestań już pić, bo bredzisz - powiedział Draco.
- I tak nie ma już Whisky - mruknął Nott, odstawiając pustą flaszkę.
- Nie, ja mówię serio. Jest na dole i rozmawia z Czarnym Panem. A i przyprowadziła ze sobą Weasley.
- Niemożliwe...
- Naprawdę, wróciła cała i... może nie zdrowa, ale cała. Chyba. Nie wygląda najlepiej, ale żyje.
- Musimy do niej iść - wybełkotał Draco, próbując podnieść się z podłogi, jednak okazało się to niemożliwe i wylądował znowu na zimnych kafelkach.
- Nie sądzę byś był w stanie, poza tym jest zajęta. Trzymajmy kciuki, żeby Czarny Pan był łaskawy. Jak skończy z nim gadać to na pewno do nas przyjdzie.
- Wypiłbym z radości, gdyby było co - szepnął Teodor z ulgą.

- Zaczekaj tu, ja pójdę z nim porozmawiać - powiedziała Hermiona, gdy znalazły się przed wejściem do sali obrad. Ginny pokiwała głową i wsadziła drżące ręce do kieszeni. Bała się. Była pewna swojej decyzji i chciała tego, ale bała się reakcji Voldemorta. Szatynka była nie mniej zestresowana, więc zanim zapukała, wzięła głęboki wdech.
- Proszę - usłyszała Jego głos. Otworzyła drzwi i weszła do środka. Siedział sam, przy wielkim stole, jedynie między jego bosymi stopami, wił się wąż. Hermiona zamkęnła za sobą drzwi, podeszła bliżej i klęknęła, pochylając nisko głowę, trwała tak przez chwile, bojąc się spojrzeć w górę, czy chociażby się ruszyć.
- Wstań - usłyszała chłodne polecenie, więc podniosła się z klęczek. - Mów.
- Panie, ja... - głos jej zadrżał. - Panie, ja wiem, że zawiodłam i nigdy nie powinnam dopuścić by mnie schwytano. Przepraszam cię Panie. To się nigdy więcej nie powtórzy - dokończyła już spokojniej.
- Tak, to prawda. Naraziłaś misję. Zdrajcy krwi i Potter pewnie już wiedzą kim jesteś. - to nie było pytanie, ale kiwnęła głową. - Masz mi coś jeszcze do powiedzenia. - znowu stwierdził fakt.
- Tak, Panie. Wiem, że zawiodłam, ale przyprowadziłam kogoś, kto może być bardzo przydatny - Voldemort spojrzał zainteresowany i dał znak by kontynuowała. - Przyprowadziłam Ginny Weasley. Ona chcę dołączyć do ciebie Panie. - powiedziała, z lękiem wyczekując jego reakcji.
- Jest tutaj?
- Tak, za drzwiami.
- W takim razie niech tu wejdzie - powiedział, a drzwi się uchyliły.
Ginny stojąca na zewnątrz, uznała to za znak, że może wejść do środka. Stanęła obok Hermiony i ukłoniła się nisko.
- Wstań - rozkazał. - Chcesz do mnie dołączyć, odciąć się od swojej rodziny, być mi wierna i posłuszna? - upewnił się.
- Tak, Panie - odparła gorliwie.
"Fascynujące" pomyślał Voldemort i zwrócił swój wzrok na pannę Carrow.
- Co do ciebie - Hermiona wstrzymała oddech. - Dobrze się spisałaś, przyprowadzając do mnie tak cenną osobę. Jestem z ciebie zadowolony. Kara będzie o wiele łagodniejsza, niż przewidywałem. Crucio!
Szatynka upadła na podłogę, wijąc się i krzycząc z bólu. Czuła dosłownie jakby każda komórka jej ciała pulsowała bólem, dodatkowo rany na jej ciele, które jeszcze nie dążyły się zagoić, otworzyły się i trysnęły świeżą krwią. 
Voldemort jednak przez cały ten czas patrzył na Weasley. Nie protestowała, wspaniale.
Ginny z bólem słuchała krzyków przyjaciółki, ale wiedziała, że nie może nic zrobić. Gdyby próbowała go powstrzymać skończyłoby się to dla nich obu fatalnie.
Nagle wrzaski Hermiony ucichły i przestała się ruszać. Musiała stracić przytomność. Już wcześniej była w fatalnym stanie, a ten cruciatus ją wykończył. Czarny Pan dopiero wtedy przerwał tortury.
- Glizdogon! - zawołał, a sekundę później w pomieszczeniu pojawił się Pettigrew. - Zabierz ją stąd - wskazał palcem na leżącą bezruchu dziewczynę.
- Oczywiście, Panie - powiedział gorliwie i wyniósł Hermionę z sali.
Voldemort spojrzał na Ginny.
- A my sobie porozmawiamy...

- Gdzie ona jest - Blaise chodził nerwowo po pokoju. Cała trójka zdążyła już wytrzeźwieć od nadmiaru wrażeń, więc teraz siedzieli zestresowani, zastanawiając się co Hermiona robi tak długo u Czarnego Pana. Nagle usłyszeli kroki na korytarzu. Draco, który był najbliżej drzwi, wybiegł chcąc zobaczyć wreszcię Carrow, całą i zdrową. Jednak to co zobaczył, sprawiło, że zamarł. Za nim wyszli z pokoju Teodor i Blaise, którym po chwili też zrzedły miny.
- Salazarze, Hermiona - wyszeptał Nott.
- Zabierz swoje brudne łapska od niej - krzyknął Blaise, wyrywając dziewczynę z rąk Glizdogona. Złapał ją mocno i spojrzał na jej twarz. Była śmiertelnie blada, a jej ciało było jedną wielką raną. Wyglądała jakby była martwa.
- Szybko, pomóżcie mi ją wnieść do pokoju - zarządził Blaise. - A ty biegnij po Snape'a - warknął do Petera. - Ale już! -  Pettigrew zszokowany, odwrócił się i skierował się do pokoju mistrza eliksirów.
W trójkę wnieśli wciąż nieprzytomną Hermionę do ich pokoju. Zrzucili z kanapy butelki, nie przejmując się jaki spowodowało to hałas i położyli na niej dziewczynę.
Blaise podniósł jej szatę, jej bandaże na brzuchu i żebrach były zupełnie przesiąknięte krwią.
- Trzeba to opatrzyć, Teo przynieś apteczkę z łazienki - zarządził Draco i klęknął przy dziewczynie. - Blaise pomóż mi zdjąć te opatrunki. 
Okazało się, że bandaże były założone bardzo prowizorycznie, a krew przyczepiła je do ciała tak, że nie dało się ich zerwać, jednocześnie nie zrywając skóry. Jednak musieli to zrobić i mimo, że starali się być jak najdelikatniejsi, z każdej rany zaczynała się sączyć świeża krew.
- Teo, wyjmij ten żółty eliksir i odkaź nim rany - zarządził Malfoy. Czarnowłosy kiwnął głową.
Lecz nagle Hermiona zaczęła łapać łapczywie powietrze do płuc. Jednak z jej klatki piersiowej wydostał się jedynie skowyt, a ona zaczęła się dusić. 
Ślizgoni spojrzeli na siebie z paniką. 
- Co się dzieje - powiedział Teodor. - Draco znasz jakieś zaklęcie? 
- Nie, do cholery, skąd mam znać! - wrzasnął spanikowany, widząc, że dziewczyna traci siły, jej próby złapania tchu były coraz słabsze. 
- Hermiona proszę, wytrzymaj jeszcze chwilę - Zabini złapał ją mocno za rękę. - Zróbcie coś! Gdzie ten pieprzony Snape! - krzyknął.
W tym momencie, ktoś wparował do pokoju.
- Co się... - Snape był wyraźnie zdenerwowany, jednak przerwał, gdy zobaczył co się dzieje. Podbiegł do leżącej dziewczyny, odpychając mocno trójkę Ślizgonów. Szybko rozeznał się w sytuacji i rzucił zaklęcie na jej klatkę piersiową. Dało się usłyszeć gruchot kości, a Hermiona otworzyła szeroko oczy, jednocześnie łapiąc życiodajny oddech.
Draco, Blaise i Teodor, patrzyli na to, próbując się otrząsnąć. Zdawali sobie sprawę, że prawie ją stracili.

~*~

Przepraszam, że musieliście tyle czekać. Nie jest ze mną najlepiej, mam problemy ze wszystkim, na czele z motywacją i systematycznością. Przepraszam Was za to jeszcze raz. 
Jednak jeśli ktoś to jeszcze czyta, to proszę Was o komentarze, nic tak nie motywuje jak one.
Na szczęście wena wróciła i kolejny rozdział na pewno pojawi się szybciej. 
Całuję :)

PS. Rozdział niesprawdzony, niezbetowany, pewnie jest milion błędów, wiem. Po prostu chciałam jak najszybciej go dodać.

piątek, 10 lipca 2015

Nowy blog

Właśnie pojawił się prolog mojego nowego opowiadania Dramione. Miałam się jeszcze chwilę wstrzymać z publikacją, ale nie mogłam już czekać :")

Oto krótki opis: Dwudziestodwuetnia Hermiona Granger jest szanowaną prawniczką, pracującą dla Ministerstwa Magii. Woja skończyła się trzy lata temu, a od tego czasu była gryfonka zajmowała się tylko i wyłącznie swoją karierą. Jej były chłopak - Ron Weasley został popularnym graczem Quidditcha. Za to jej najlepszy przyjaciel Harry Potter, ku rozczarowaniu wszystkich nie został aurorem, tak jak wszyscy przewidywali. Rola bohatera go przerosła, a ciężar wojny spowodował, że wpadł w depresję i alkoholizm.
Draco Malfoy kończy właśnie swój obowiązkowy pobyt w Azkabanie i od Hermiony Granger zależy czy odzyska wolność, czy wróci do więzienia na resztę życia.
Jedno jest wiadome - wojna zostawiła swój ślad na każdym, bez wyjątku.

Tak więc zapraszam do czytania:


Oczywiście tego opowiadania nie mam zamiaru zostawić :) Nowy rozdział tutaj powinien pojawić się niebawem.

niedziela, 7 czerwca 2015

Rozdział 6. Misja

Gdy na porannym zebraniu Czary Pan oznajmił, jak będzie wyglądać ich pierwsza misja, prawie zemdlała. Jedynie w pionie utrzymała ją dłoń Blaise'a, która dyskretnie złapała ją za nadgarstek. Chłopak wiedział, jak wstrząsnęła nią ta wiadomość. Ale musiała zachować spokój. Musiała być opanowana.Gdy wróciła do swojego pokoju, pobiegła do łazienki, usiadła na ziemi i przyłożyła głowę do chłodnych kafelek. Nie mogli jej kazać tego robić, nie mogli. Wciąż klęcząc na zimnej podłodze, powtarzała te dwa słowa, jak mantrę."Nie mogli".Minął dłuższy czas, zanim się uspokoiła. Mimo że jej serce protestowało, wiedziała, że musi to zrobić. Nie było odwrotu. Czarny Pan nie przyjmuje wymówek.Jej pierwsza misja miała polegać na spaleniu Nory, domu Weasleyów i najlepiej zabiciu wszystkich oraz schwytaniu Pottera.Wszystko byłoby w porządku, zniosłaby wszystko, ale tam była Ginny.A nawet jeśli Ruda przeżyje, przecież może zginąć ktoś z jej rodziny, straci dom. Jak ona ma później spojrzeć jej w oczy?Ruszała się jak w amoku. Wszystkie czynności były automatyczne. Spięła włosy w długi warkocz, ubrała swoją szatę. Była ona cała w czarnym kolorze, materiał ciężki igruby, wykonany z drogiego materiału. Rękawy miała szerokie, a dekolt osłaniała koronka. Spojrzała w swoje odbicie i ledwie siebie poznała. Podniosła ze stolika swoją maskę. Była srebrna, z misternie wygrawerowanymi złotymi wzorami. Przerażająca, ale mimo to piękna.Ostatni raz spojrzała w lustro i odetchnęła głęboko. Mogła wychodzić. Podeszła tylko jeszcze do małego barku, znajdującego się w kącie pokoju i pociągnęła łyka Ognistej z gwinta, krzywiąc się nieznacznie.Bez tego chyba by zwariowała.Gdy stawiła się przy drzwiach wyjściowych Malfoy Manor, była równo dwudziesta druga. Jej przyjaciele już tu byli. Stanęła obok nich bez słowa. Chwilę później pojawił Macinar, Yaxley i Avery. Oni, jako bardziej doświadczeni, mieli prowadzić całą misję.Instrukcje, które podawał im Avery, wlatywały jej jednym uchem, a wylatywały drugim. Chciała stąd uciec, tak strasznie się bała. Jednak na zewnątrz sprawiała wrażenie opanowanej i gotowej. Już dawno nauczyła się ukrywać emocje. Nie lubiła tej maski, którą ubierają arystokraci, tej wiecznej powagi i spokoju. Jednak czasami ta umiejętność była naprawdę przydatna. Rozejrzała się po twarzach swoich przyjaciół. Blaise mimo że się nie uśmiechał, jego twarz jak zawsze wydawała się pogodna i wesoła, Teodor wyglądał na skoncentrowanego na słowach Avery'ego, a twarz Draco jak zawsze nie wyrażała zupełnie nic. Oczy zimne, szczęka zaciśnięta. Oni też byli wspaniałymi aktorami.Gdy wszystko zostało wyjaśnione, założyli maski i złapali starą księgę, która była świstoklikiem i po chwili znaleźli się w zupełnie innym miejscu. Wylądowali na trawie. Podnieśli się, otrzepując szaty. Hermiona rozejrzała się dookoła. Wszędzie panował mrok, a jedynym dźwiękiem jakie wychwyciło jej ucho, było cykanie owadów. Gdzieś w oddali można było zauważyć zarys wysokiego budnynku o dziwnym kształcie, z którego okien lekko jarzyło się światło."To musi być Nora" pomyślała szatynka z lekkim smutkiem.- Idziemy - powiedział Macinar i ruszył przodem, a cała reszta za nim. - Pamiętacie instrukcje. Niszczycie, co się da, palicie, co się da, zabijacie, co się da. Tylko Potter ma zostać żywy, chuj wie po co, ale rozkaz to rozkaz. Rozumiecie?Kiwnęli tylko głowami. Doskonale wiedzieli co mają zrobić.Wszystko robiła jak w transie. Rzucanie zaklęć łamiących bariery otaczające Norę poszło im bardzo łatwo. Weasleyowie dobrze zabezpieczyli swój dom, jednak nie wystarczająco. - Biegnijcie trochę dalej, otoczymy ich, niech każdy stanie w innym miejscu - rozkazał Macinar, po czym zwrócił się w stronę Hermiony. – Ty idź do końca, stań za domem i jak już tam będziesz, wyczaruj Mroczny Znak. Będziemy wiedzieć, że możemy zaczynać.Szatynka przedzierała się przez chaszcze otaczające Norę i ściskała nerwowo różdżkę. Rzuciła okiem na ten dziwny, rozsypujący się dom. Na dole w kuchni paliło się światło i można było dostrzec krzątających się po kuchni ludzi. Odwróciła wzrok. Czy dzisiaj przyjdzie jej kogoś zabić? Czy dzisiaj pozbawi kogoś dziecka, ojca, brata lub matki? Kiedyś na myśl o przystąpieniu do popleczników Czarnego Pana powodowała u niej stres, ale i podniecenie. Była przekonana, że jest gotowa, że będzie umiała ranić, torturować, zabijać. A teraz? Teraz nie była niczego pewna. Może i by potrafiła, ale tutaj chodziło o Ginny.Dotarła na miejsce. Stanęła z tyłu domu i podniosła różdżkę.- Morsmordre.Pierwszy raz tak naprawdę rzucała to zaklęcie. Wcześniej to były tylko ćwiczenia. Z jej różdżki wystrzeliła zielona smuga i poleciała wysoko w niebo, zmieniając się w wielką, przerażającą czaszkę, z której wyleciał wąż. Zerknęła w okno Nory, gdzie nagle wszystko jakby stanęło w miejscu, ucichło. Ktoś podbiegł do okna, ale nie widziała kto. Musieli zauważyć znak na niebie. Zobaczyła kątem oka, że ktoś z jej prawej strony biegnie w stronę domu i rzuca zaklęcie na dach, który zaczyna częściowo płonąć. To był chyba Blaise.Ruszyła w tym samym kierunku. Podpaliła trawnik, dach, stodołę, wszystko co stało jej na drodze. Dookoła niej panował hałas, ktoś krzyczał, coś wybuchało co chwila, ale ona tego nie słyszała. Chyba ktoś wybiegł z domu, wołał czyjeś imię, ale nie widziała kto, ani co krzyczał. Wszędzie czerwień i ogień.Remus Lupin podbiegł do okna. Mroczny Znak.- To oni – powiedział i wyciągnął różdżkę z kieszeni starej, spranej marynarki. – Harry, zostań tutaj i pod żadnym pozorem nie wychodź.Nie czekając na odpowiedź, wybiegł na zewnątrz i zaczął się rozglądać za Śmierciożercami. Zaraz za nim pojawiła się na ganku Tonks. Remus, nie odwracając się, złapał ją za dłoń, którą ścisnął krótko i mocno.Wszędzie ogień, a tam gdzie go nie było - mrok. Nie sposób było dostrzec cokolwiek. Zmrużył oczy. Na krawędzi ognistego kręgu zauwazył dwie postaci. Obie były drobne i niskie. Były profesor poczuł ukłucie żalu. To jeszcze dzieci.Walka trwała. Obie strony rzucały w siebie zaklęcia. Tyle, że ze strony Śmierciożerców leciały te groźniejsze.Hermiona rozejrzała się dookoła. Ktoś biegł w jej stronę. Dym drażnił jej oczy, więc nie rozpoznała twarzy, widziała jedynie rozmazaną sylwetkę. Zauważyła, że postać celuje w nią różdżką, więc ona też podniosła swoją i szybko rzuciła zaklęcie.- Ascendio!Była pierwsza. Jej przeciwnik wyleciał w powietrze i wylądował parę metrów dalej.- Niewybaczalne, kretynko, co się z nimi cackasz! - krzyknął Avery, rzucając na leżącą na ziemi postać Crucio. - Widać, że baba.Hermiona zacisnęła pięści. Podeszła bliżej zwijającej się w bólu postaci. Z tej odległości poznała twarz. George Weasley. Z jego gardła wydobywały się wrzaski, a ciało wyginało się z bólu. Odwróciła wzrok i cofnęła się kilka kroków. Nie chciała na to patrzeć. Przecież chodziła z nim do szkoły. Nawet kiedyś jej się podobał. Chyba w trzeciej klasie. Dokładnie nie pamiętała. Nawet raz rozmawiali. Miała wtedy z nim szlaban. Chyba u McGonagall. Pamiętała, że był przezabawny, dawno się tak nie śmiała, jak wtedy.- Skurwiel zwiał! Zmywamy się! - zawołał Yaxley, który wybiegł z Nory. Potter musiał uciec.Hermiona miała zamiar się teleportować, lecz w ostatnim momencie usłyszała za sobą znajomy głos:- Drętwota!Poczuła się jak sparaliżowana i uderzyła z impetem plecami o ziemię.Ron opuścił różdżkę i zbliżył się do leżącej na ziemi postaci. Czuł jak złość i gniew zaczynają władać jego ciałem. Chciał zemsty, chciał krwi. Spalili mu dom, zniszczyli cały dobytek, torturowali brata. Myślał nad zaklęciem. Chciał, by bolało. Jednak wpadł na lepszy pomysł. Schował różdżkę i kopnął odzianą na czarno postać prosto w żebra. Co za niesamowite uczcie.Dźwięk łamanych kości był w tym momenci najpiękniejszą muzyką. Nigdy nie sądził, że zadawanie komuś bólu będzie tak przyjemne. Ale oni wyrządzili mu tyle krzywd, tyle zła. Miał do tego prawo.Kolejny cios. I kolejny.Najpierw poczuła ból w żebrach. Potem kilka ciosów w twarz i parę kolejnych w brzuch. Później straciła rachubę. Krew zalewała jej oczy, nie mogła złapać oddechu, nic nie widziała i nic nie słyszała. Chciała wrzeszczeć z bólu, ale nie mogła. Na końcu poczuła tylko, że zaklęcie odpuszcza, ale i tak nie mogła się poruszyć. Czerwień zalała ją całkowicie. Jedyne, co czuła, to stalowy posmak ciepłej krwi. Pozostało jej czekać, aż ktoś jej pomoże, ale pomoc nie nadchodziła.„A co, jeśli wszyscy się już teleportowali?” pomyślała.Zanim straciła przytomność, poczuła jeszcze tylko, jak ktoś strąca jej maskę butem.Hermiona otworzyła oczy i natychmiast je z powrotem zamknęła. Bolało ją dosłownie wszystko. Co jej się stało? I gdzie ona była? Wyczuła zapach stęchlizny. Malfoy Manor z pewnością tak nie pachniało. I nagle sobie przypomniała. Misja. Podniosła się szybko z miejsca, ignorując nieprzyjemne kłucie w klatce piersiowej.- Halo? – chciała zapytać, ale z jej gardła wydobył się jedynie zachrypły jęk.Zrobiła krok do przodu, a deski w podłodze okropnie zaskrzypiały. W pokoju panował mrok, jedyne światło wydobywało się z okna. Podeszła do niego. Na zewnątrz zobaczyła powoli dogasający ogród.A więc to tak. Nie zdążyła się teleportować, została tutaj sama jak palec, pod nosem aurorów i Weasleyów.Nagle ból przeszył jej czaszkę i odruchowo dotknęła swojej głowy. Poczuła pod palcami jakiś materiał. Bandaż. Tak samo na oku. Włożyła rękę pod koszulkę. Żebra też jej opatrzyli. Poczuła się dziwnie.Zrezygnowana opadła na kanapę.Co ma robić? Co się teraz z nią stanie? Zabiją ją? Pozwolą jej wrócić do Malfoy Manor? Będą próbowali ją namówić do zmiany strony? Będą ją tu przetrzymywać w nieskończoność?Siedziała tak i nagle zrozumiała, że jest w sytuacji bez wyjścia. Nie miała nawet różdżki, żeby spróbować uciec.Nagle usłyszała kroki. Ktoś szedł w tą stronę. Wyprostowała się. Kroki ucichły i usłyszała szczęk klucza w zamku. Czekała. Drzwi się powoli uchyliły i postać się wślizgnęła się do środka.- Lumos – usłyszała szept, a światło z różdżki oświetliło lekko pomieszczenie. Teraz już wyraźnie widziała twarz.Szatynka patrzyła ze strachem i wyczekiwaniem na rudą postać.- Wy pierdoleni idioci.Draco Malfoy chodził nerwowo po pokoju. Mieli przejebane.Blaise i Teodor siedzieli naprzeciw blondyna, a miny mieli, jakby zobaczyli ducha.- Wy byliście po jej obu stronach, mogliście jej upilnować! – blondyn krzyknął.- Dlaczego zwalasz to tylko na nas? Czemu ty jej nie przypilnowałeś? – Zabini podniósł się z miejsca.- Bo pilnowałem przodów i wejścia głównego, nie widziałem jej! – tłumaczył się przyjacielowi, ale i samemu sobie. Blaise miał rację, mógł sprawdzić, czy się teleportowała.- Kurwa – to pierwsze słowo jakie wypowiedział Nott, od kiedy wrócili do Malfoy Manor i okazało się, że Hermiony nie ma z nimi.Czekali na nią a ona się wciąż nie pojawiała. Z każdą minutą Teodor robił się coraz bardziej blady i w pewnym momencie postanowił się przeteleportować do Nory, jednak Draco i Blaise go powstrzymali. To by była kompletna głupota, z resztą nie pierwsza już tego dnia.- Tak, Nott, masz rację. Kurwa – blondyn podniósł głos. – Ale upilnowałeś swojej ukochanej, nie ma co – dodał z przekąsem. Teodor tego nie skomentował. Wiedział, że jego przyjaciel jest zły i nic dziwnego. On sam przeklinał siebie już od kilku godzin.Cała trójka wiedziała, że Hermiona była już praktycznie martwa. Jeśli tam jej nie zabiją, to prawdopodobnie Czarny Pan to zrobi. Naraziła misję, ujawniła swoją tożsamość aurorom. Była skończona i niepotrzebna.~*~Powinniście mnie zabić za to, że tak długo kazałam wam czekać na rozdział. Wątpiłam już, że ktokolwiek jeszcze na niego czekał, ale mimo to spiełam się i napisałam ten rozdział w jedną noc. Nie jest długi, bo to jedynie marne cztery strony, ale po pierwsze bardzo chciałam już go udostępnić, a po drugie ten moment wydawał mi się najlepszy na zakończenie rozdziału.Mam nadzieję, że chociaż trochę się spodoba :)I proszę, zostawcie komentarz, chociaż najkrótszy. Chcę poznać waszą opinię i wiedzieć, czy ktokolwiek jeszcze tu zagląda.Buziaki!

PS ostatnio strasznie spadła frekwencja, a razem z nią ilość komentarzy. Jak już czytacie, to skomentujcie, nawet jedym zdaniem, chcę po prostu wiedzieć czy ktoś tu zagląda. To bardzo motywuje :)

niedziela, 22 marca 2015

Miniaturka 1. Syndrom Sztokholmski

Była ostatnia lekcja. Przygotowywali dzisiaj eliksir wielosokowy na ocenę. Hermiona była podekscytowana, ponieważ to bardzo trudny do przygotowania eliksir. Ale nie dla niej. Cieszyła się na myśl, że najprawdopodobniej jako jedyna z klasy przygotuje go perfekcyjnie.
Dziewczyna podeszła do szafki i wzięła z niej sproszkowany róg dwurożca. Ostatni składnik. W jej kociołku zaczynało już skwierczeć, więc podbiegła do swojej ławki, by szybko wrzucić ingrediencje. 
Niestety potknęła się o leżącą na ziemi torbę i przewróciła się na ławkę, która należała do Malfoy'a i jego przyjaciela Zabini'ego. Dziewczyna patrzyła ze zgrozą, jak kociołek z eliksirem stojący na ich ławce się przechylił i spadł na podłogę, tłukąc się i brudząc wszystko dookoła. Hermiona pisnęła cicho, gdy płyn boleśnie poparzył jej dłoń.
Blondyn zmarszczył brwi i podniósł się bardzo powoli z miejsca. Był zły, widziała to w jego oczach.
- I co żeś zrobiła, głupia szlamo? - wysyczał, a jego głos przepełniony był jadem. - Teraz sprzątaj.
Hermiona zaciskała mocno zęby z bólu i upokorzenia.
- Sprzątaj, powiedziałem. Na kolana. - Popchnął ją podając jej do ręki szmatę. - I tak tylko do tego się nadajesz. - Zabini, który przyglądał się tej sytuacji, zaśmiał się głośno.
Hermiona błagalnie spojrzała w stronę Snape'a, który stał na drugim końcu klasy i umiejętnie ignorował zaistniałą sytuację. Za to cała klasa uważnie przyglądała się temu zajściu, nie mówiąc ani słowa. Co niby mieli powiedzieć?
Szatynka wiedziała, że nikt się za nią nie wstawi. Już dawno przestali to robić. A ona sama nie miała siły się już bronić. W swoim siedemnastoletnim życiu już tyle razy została poniżona, że jeszcze jeden raz nie zrobi jej różnicy.
Zaczęła ścierać eliksir z podłogi, próbując ignorować chichoty uczniów i zgryźliwe komentarze Malfoy'a.
Gdy skończyła, wstała i chciała wrócić do swojej ławki, ale chłopak mocno przytrzymał ją za łokieć. Nawet nie próbowała się wyrywać.
- Jeszcze oddasz mi swój eliksir, przecież mój wylałaś.
- Ale co ja wtedy... - zaczęła cicho, nie podnosząc wzroku z podłogi.
- Nic mnie to nie obchodzi.
Wiedziała, że nie ma o czym dyskutować. A tak jej zależało by dobrze wykonać ten eliksir, by pokazać, że jest w czymś dobra.
Oddała. On dostał wybitny, a ona najniższą z możliwych ocen i minus dwadzieścia punktów dla jej domu.
Wyszła z klasy pierwsza i od razu pobiegła do wieży Gryffindoru. Przebiegła przez pokój wspólny i zatrzasnęła się w swoim dormitorium.
Oparła się o drzwi i chciała się rozpłakać, ale już nie umiała.
Nie miała pojęcia, czy nienawidzi bardziej jego, czy siebie za to, że go kocha.
Zrozumiała to już w pierwszej klasie, kiedy poczuła sympatię do tego zapatrzonego w siebie arystokraty. Było to dziecięce uczucie, nic nie znaczące i błahe, ale mimo to zabolało ją, kiedy zrozumiała, że w jego oczach jest nikim i już zawsze tak będzie.
Liczyła, że to minie, ale to uczucie trwało w niej. Próbowała siebie przekonać, że to chore, że to głupie, że to uwłaszcza jej inteligencji. No bo jak można kochać swojego oprawcę?
Jednak była już na szóstym roku i nic się nie zmieniło. On jej nienawidził, ona jego też, ale mimo to nie mogła pozbyć się tego irracjonalnego uczucia, które z latami straciło całą swoją niewinność.
Nienawidziła siebie za swoje senne wyobrażenia o tym, co by było, jakby nie dzieliła ich ta przepaść w postaci jej brudnej krwi.
Nienawidziła siebie za marzenia o urodzeniu się w czarodziejskiej rodzinie.
I mimo, że odpychała te myśli z całych sił, one ciągle wracały.
Teraz zrozumiała, że musi się z tym pogodzić, że nie wygra z samą sobą.

Podniosła się z podłogi, usiadła przy biurku i zaczęła pisać esej na transmutację. Nic innego jej nie zostało oprócz pokazania, że oceny ma najlepsze, że nie jest nikim.
A może jakimś cudem, może jest taka szansa, że on się kiedyś zmieni? Że odrzuci tradycję? Że zrozumie?
Może wtedy, kiedy Harry pokona Voldemorta, przestanie być przez niego postrzegana jak coś brudnego, coś czego należy się pozbyć?
I może wtedy, kiedy już oboje zmądrzeją, on ją przeprosi, a ona wybaczy?
A może właśnie nie. Nie. Nie wybaczy.
Z tą myślą dokończyła esej i wiedziała, że dostanie najlepszą ocenę z klasy.

I wreszcie kiedy dorosła i przestało jej zależeć, zmienił się. Odrzucił tradycję. Zrozumiał. 
Przeprosił.
A ona nie wybaczyła.

 ~*~

Dawno mnie tu nie było. Wiem i przepraszam. Jako, że rozdziału jeszcze nie ma, dodaję miniaturkę. 
Może niezbyt długa i pozytywna, ale mam nadzieję, że chociaż trochę się podoba.
Nie wiem czy ktoś tu w ogóle jeszcze zagląda, ale jeśli tak, to pozostawcie po sobie chociaż najkrótszą opinię.

Całuję i do napisania!

czwartek, 22 stycznia 2015

Rozdział 5. Piętno

Wczoraj ukazał najczystszą na świecie słabość. Było mu wstyd. Nigdy wcześniej tego nie robił i nienawidził otrzymywać czyjejś litości.
Jednak wspomnienie tamtego wydarzenia, sprawiało, że czuł pewnego rodzaju szczęście. Nie umiał tego nazwać, ale było to miłe uczucie. Mimo, że tak mu obce.
Draco szybko odrzucił te bzdurne myśli na bok i nalał sobie do szklanki odrobinę Ognistej. Duszkiem opróżnił zawartość naczynia i z hukiem odłożył je na stół. Wiedział, że to niezdrowo pić z rana, ale w tej sytuacji było mu wszystko jedno.

Hermiona wstała bardzo wcześnie rano, mimo, że nic jej nie zbudziło. Z jękiem podniosła się z łóżka, głowa bolała ją okropnie. Podeszła do wielkiego, bogato zdobionego lustra, stojącego z kącie jej pokoju. To co zobaczyła niezbyt ją zadowoliło. Oczy miała zaczerwienione i mocno podkrążone. Jej skóra była nienaturalnie blada, a sylwetka zbyt chuda. Skrzywiła się do swojego odbicia, po czym zrzucając z siebie bieliznę skierowała się do łazienki i weszła pod prysznic, włączając gorącą wodę. Ciepło dało jej pewnego rodzaju odprężenie. Minęło dużo czasu zanim wyszła z kabiny. Owinęła się puchatym ręcznikiem i wyszła z pokoju. Usiadła na fotelu i powoli zaczęła rozczesywać swoje długie włosy. Wciąż myślała o wczorajszej wizycie Draco. Ta sprawa nie dawała jej spokoju. Co Czarny Pan mógł od niego chcieć? Malfoy nigdy, ale to nigdy nie wyglądał na tak załamanego. A to nie mogło oznaczać niczego dobrego.

Wyszła z pokoju boso, starając się nie robić hałasu. Była dopiero piąta rano i nie chciała nikogo obudzić. Szczelniej otuliła się krótkim szlafrokiem. Od marmurowych ścian i kafelek biło zimno. Gdy już znalazła się w kuchni, postawiła wodę na kawę i czekając aż się zagotuje zaczęła rozmyślać na temat dzisiejszego dnia. Nadszedł ten dzień w którym dołączy do grona Śmierciożerców. Nie miała pojęcia jak to będzie wyglądać, ale czuła jakiś niewyjaśniony niepokój, gdy sobie o tym przypominała. Tak się zamyśliła, że gdy czajnik zaczął gwizdać, podskoczyła w miejscu. Zrobiła sobie mocną kawę bez mleka i z dużą ilością cukru i usiadła przy dużym, okrągłym, mahoniowym stole.

Spojrzała na duży zegar wiszący na ścianie w jej pokoju. Wybiła już dwudziesta pierwsza i Hermiona stwierdziła, że czas się zbierać. Niechętnie podniosła się z kanapy i ruszyła do swojej garderoby. Ubrała się w golf, poprzecierane, obcisłe jeansy i ciężkie buty. Wszystko w kolorze czarnym. Stwierdziła, że jest najodpowiedniejszy na takie "przyjęcie". Rozczesała włosy i związała je w wysoką i staranną kitkę. Pomalowała się dosyć mocno, nałożyła na powieki czarny cień, a usta pomalowała na ciemny, bordowy kolor. To dodawało jej pewności siebie, której w tej chwili bardzo potrzebowała. Gdy zauważyła, że ma jeszcze czas, pomalowała paznokcie na ten sam odcień co usta. Stanęła przed lustrem i przyjrzała się sobie. Była bardzo zadowolona z efektu. Uśmiechnęła się chytrze do swojego odbicia i z satysfakcją stwierdziła, że wyszedł jej on bardzo przekonująco i mrocznie. Rzuciła okiem ostatni raz po pokoju i wyszła na korytarz. Chciała pójść po chłopaków, ale jeden z nich już stał przed jej drzwiami
- Wyglądasz... wow! - powiedział jej Blaise na powitanie, uśmiechając się rozbrajająco. Jak zawsze umiał lekko poprawić jej humor, w sytuacji, która nie była ani trochę zabawna.
- Oj, nie przesadzaj. Gdzie reszta?
Nie musiał jednak odpowiadać, gdyż Draco i Teodor wyszli w tym momencie ze swoich pokoi.
- No to idziemy - stwierdziła Hermiona i ruszyła przed siebie.

Draco szedł na końcu, przyglądając cały czas się dziewczynie, która szła przed nim. Przez chwilę miał ochotę do niej podejść, ale co niby miał powiedzieć?
Całą drogę pokonali w milczeniu. Szli, pokonując kręte i zimne korytarze, a jedynym dźwiękiem był odgłos ich kroków.
Gdy wreszcie doszli na miejsce, stanęli przed wielkimi mahoniowymi drzwiami i weszli do środka. Hermiona rozejrzała się po pomieszczeniu. Było ciemno, salę rozświetlało jedynie zielone światło z lampy wiszącej nad stołem. Na środku znajdował się wielki, podłużny stół, przy którym siedzieli śmierciożercy. Na samym jego końcu był Czarny Pan. W jego nogach wił się gruby wąż, co chwile sycząc złowrogo. Całą grupką podeszli do Lorda i ukłonili się przed nim.
Voldemort przez chwilę patrzył na nich, a później zwrócił się do zebranych:
- Dzisiaj ci młodzi ludzie dołączą do naszych szeregów, by pomóc w walce ze szlamowatą krwią, która się bezkarnie miesza z czarodziejską.
Na te słowa Bellatrix, siedząca najbliżej Czarnego Pana, uśmiechnęła się szeroko, ukazując swoje brzydkie, zszarzałe zęby.
- Zaczynajmy - śmierciożercy jak jeden mąż, podnieśli się ze swoich miejsc i zgromadzili w okręgu na środku pomieszczenia. A Voldemort, razem z grupą ślizgonów znaleźli się w środku.
Hermiona stała w środku i czuła przerażanie. Oczywiście nie pokazywała tego, więc wyprostowała się i podniosła głowę, słuchając tego co Czarny Pan mówi. Połowa jego słów nie docierała do niej. Mówił coś o wierności, zaszczycie, ważnej misji, karze za nieposłuszeństwo. Gdy skończył mówić, przesunął wzrokiem po nich i machnął palcem zapraszającym gestem w stronę Hermiony.
- Damy mają pierwszeństwo - powiedział chłodnym głosem.
Dziewczyna podeszła do niego, starając się wyglądać pewnie.
- Przysięgasz być mi zawsze wierną i oddaną, tępić szlamy, zdrajców krwi, oraz słuchać moich rozkazów i zrobić wszystko o co cię poproszę? - zapytał.
- Przysięgam - odpowiedziała. Była pewna, że usłyszał drżenie w jej głosie.
 Voldemort ujął jej lewą ręką i przyciągnął do siebie. Podniósł rękaw jej swetra do łokcia, przyłożył swoją różdżkę i wypowiedział cicho zaklęcie.
Hermiona musiała mocno zacisnąć zęby by nie wydać z siebie jęku. Cholernie szczypało. Powstrzymała się jednak i tylko spojrzała na swoje przedramię. Na jej bladej skórze coraz mocniej odznaczał się wypalony Mroczny Znak.
Gdy pieczenie się skończyło, a Voldemort odsunął się, wróciła na swoje miejsce i przyglądała się, jak każdy po kolei składa przysięgę.
Kiedy już cała czwórka miała Mroczny Znak, Voldemort przyjrzał im się po kolei, po czym zatrzymał wzrok dłużej na Hermionie.
- Podejdź tu - powiedział, patrząc prosto w jej oczy.
Hermiona poczuła jak robi jej się słabo, a cała zawartość żołądka podchodzi jej do gardła. Oh, jaka głupia i naiwna była, myśląc, że ta część spotkania nie nadejdzie.
Ignorując lęk, podeszła do niego. W tłumie śmierciożerców odnalazła jedynie wystraszone oczy swojej matki. Reszta spojrzeń wyrażała jedynie chorą satysfakcję z tego, że zobaczą zaraz małe, brutalne widowisko.
Czarny Pan westchnął cicho, zastanawiając się.
"Tylko nie Teodor" pomyślał w tym samym momencie Draco, Blaise i Hermiona. Doskonale wiedzieli, że nie był by w stanie tego zrobić. Co by się skończyło dla niego fatalnie.
- Draco, ty też tu podejdź. - nadawał się idealnie. Niech Lucjusz wie, że wszystko co robi i mówi, odbije się na jego synu. Voldemort nienawidził tchórzostwa, którym pan Malfoy tak często się wykazywał.
Blondyn poczuł jakby miał zaraz zwymiotować. Jest zbyt słaby, nie zrobi tego.
Hermiona z trudem powstrzymywała drżenie. Doskonale wiedziała co się teraz stanie. Bała się, ale nie miała zamiaru się przed tym bronić. Cieszyła się w pewnym sensie, że padło na nią, dzięki temu ona nie będzie musiała skrzywdzić żadnego ze swoich przyjaciół.
- Musicie się nauczyć, że gdy w naszych szeregach znajdzie się ktoś nieposłuszny, nie ważne czy to dobry przyjaciel, czy kobieta, trzeba ją należycie ukarać. Draco, proszę cię, abyś zaprezentował na koleżance, jak to powinno wyglądać.
Młody Malfoy wyciągnął różdżkę przed siebie i skierował ją w stronę Hermiony, jednak nic nie zrobił. Szatynka spojrzała intensywnie w oczy chłopaka, skłaniając go do działania i jednocześnie próbując pokazać przyzwolenie. Wiedziała, że opóźnienie może go dużo kosztować.
- Crucio - powiedział niezbyt pewnie.
Przez zawahanie, zaklęcie nie było zbyt mocne, a Hermiona zgięła się na pół, wydając z siebie zduszony jęk. Nie chciała krzyczeć, to było zbyt poniżające.
Voldemort zrobił niezadowoloną minę.
- Jestem pewien, że stać cię na więcej, spróbuj jeszcze raz - wysyczał.
- Crucio! - tym razem musiał się lepiej postarać, wiedział o tym. Mimo to, przyszło mu to z trudem.
Hermiona poczuła ból tak niesamowity, że upadła na posadzkę. Draco nie mógł się powstrzymać od odwrócenia wzroku, co Lord oczywiście zauważył. Nie mógł patrzeć na jej cierpienie. 
Mimo, że zaciskała mocno zęby, z jej gardła wydarł się krótki, ale głośny krzyk. Zaklęcie już dawno ustało, zanim była w stanie minimalnie podnieść się z podłogi.
Gdy leżała na kafelkach z trudem łapiąc oddech i chłonąc błogi chłód z posadzki, Czarny Pan mówił:
- Na dzisiaj to już wszystko. Niebawem czeka was misja, a zarazem kolejna próba. Jutro się dowiecie o szczegółach.
I wyszedł.
Za nim powoli wychodzili z sali pozostali śmieciożercy. Trójka ślizgonów musiała zaczekać, aż wszyscy opuszczą pomieszczenie, by podbiec do Hermiony i pomóc jej.

Tego wieczoru każde z nich spędzało wieczór samotnie.
Draco opróżnił sam prawie całą butelkę Ognistej, zapijając wyrzuty sumienia i próbując zapomnieć o krzykach bólu Hermiony, które sam spowodował.
"Chyba zostanę alkoholikiem" pomyślał.
Blaise leżąc na łóżku palił papierosa, po papierosie próbując znaleźć w tym wszystkim sens.
Teodor siedział na balkonie i nie zważając na chłód, wpatrywał się w niebo.
Hermiona snuła się po pokoju, nie mogąc znaleźć sobie miejsca i nie wiedząc co ze sobą zrobić. A gdy brała prysznic i wpatrywała się w Mroczny Znak na swoim przedramieniu poczuła obrzydzenie. Nie wiadomo dlaczego nie traktowała tego jako jako powód dumy, ale jako piętno.

~*~


Przepraszam, że znowu tak długo to trwało. Pewne okoliczności nie pozwalały mi na pisanie, ale to nie wymówka. Przepraszam jeszcze raz i postaram się poprawić.
Rozdział nie jest najwyższych lotów, długość też mnie nie zadowala. Zrobię wszystko by kolejne były lepsze.
Komentujcie, krytyka mi się przyda.

Całuję!